Rozdział:19
Mark: Dan, to nie jest śmieszne.
Skierowaliśmy nasze kroki w stronę szkoły Raimon. I nim się obejrzeliśmy staliśmy pod drzwiami domku. Lekko uchyliłam drzwi i weszliśmy do środka.
- A więc moi drodzy, oto nasz nowy trener pan Simon Hillman.
- Co... ale jak? - wrzasnęłam zdezorientowana.
- Przecież to.. zwykły kucharz. - podsumowała Nelly.
- Jeszcze zobaczycie! - krzyknął podekscytowany brunet."
* Mark's POV *
♫
Cholernie się boję, to już jutro. Nerwowo zaciskam pięści, już nie wiem czy to ze stresu czy z podekscytowania. To będzie spotkanie gigantów, jestem tego pewien. Nawet nie wiecie, jaka spoczywa nas odpowiedzialność, wszyscy na nas liczą. Całe miasto Inazuma trzyma za nas kciuki, Było by troszeczkę śmiesznie wypaść z finałów. Ale my się nie damy, mowy nie ma! Przetrwaliśmy tyle trudności podczas turnieju, jesteśmy silniejsi niż wcześniej, nabraliśmy trochę odwagi i pewności w swoje umiejętności. Tymczasem przechadzałem się z Nelly po mieście. Brunetka widząc czarną limuzynę, zaciągnęła mnie za pobliski dąb.
- Co jest? - sapnąłem zdezorientowany.
- To mój ojciec. - popatrzyłem na nią znacząco.
- Nie powiedziałaś mu? - spytałem zdziwiony.
- Jak widzisz. - zacisnęła wargi. - Uwierz mi, nie znasz go i nie wiesz jaka byłaby jego reakcja gdyby dowiedział się, że jego córka chodzi z...
- Nędznym piłkarzykiem. - dokończyłem.
Ta cała sytuacja mnie irytowała. Nie mogłem tego znieść.
- Wstydzisz się mnie? - na twarzy dziewczyny pojawiło się niemałe zmieszanie.
Pokiwałem głową, odchodząc od niej. To takie smutne, ja po mimo sprzeciwu wszystkich, kocham ją, kocham jej wady. A dla niej liczy się tylko pozycja społeczna. Ludziom tak trudno dogodzić, pragną szacunku i sławy za wszelką cenę. Muszą najpierw mieć dowody, muszą mieć pewność. Krzyknąłem, a cała agresja ze mnie wyzionęła.
- Mark? - usłyszałem za swoimi plecami.
Wziąłem głęboki wdech i obróciłem się. Moim oczom ukazała
Diana.
- Czyżby zły dzień?
Uśmiechnąłem się krzywo.
- Nikt normalny się tak nie drze. - stwierdziła. - Coś musi być na rzeczy.
- Ależ skąd, jest świetnie. - jęknąłem.
- Co jak co, ale ty nie umiesz kłamać ty mój ogrodniku. - odrzekła z sarkazmem. Mów co jest.
- Nelly. - dziewczyna przewróciła oczami.
- Nadal się nie polubiłyście?
- Może tak troszeczkę... - powiedziała poprawiając swoje okulary.
- Wstydzi się mnie. - urwałem, patrząc na jej unoszące brwi. - No proszę, powiedz swoje " A nie mówiłam." .
- Z chęcią, ale nic to nie zmieni.
- Przepraszam... - odparłem, drapiąc się po głowie.
- Na pewno to dla niej trudne. - próbowała się wczuć w jej sytuację, zmarszczyła brwi. - Jesteś jej pierwszym chłopakiem, jest córką tatusia...
- Ja jestem w stanie to zrozumieć, ale to co mówisz, to tylko teoria. - machnąłem na jej słowa ręką. - Przyznała mi się, wstydzi się mnie...
- O proszę cię Mark, nie rób z siebie ofiary losu! - warknęła w moją stronę.
- Słucham?
- Mówiłeś, że się zmieniła. - pokiwałem na to głową. - Więc jej myślenie za pewnie też, akceptuje cię, lepiej ona cię kocha całość.
- Obyś miała rację, siostra. - położyłem się na trawie.
Oglądaliśmy z zaciekawieniem gwiazdy.
- Może lody by zamroziły nasze smutki.
- Jest dziewiąta w nocy. - zaśmiała się na moje słowa. - Ale spokojnie, mamy jakieś w domu, w lodówce. Na czarną godzinę.
* następnego dnia *
Zagrzmiał dzwonek mojego budzika, a ja szybko rzuciłem w jego stronę poduszką. Po mimo tego nadal nieznośnie oznajmiał mi, że czas na sen się skończył. Przetarłem twarz, sięgnąłem po telefon i spojrzałem na zegarek, 7. Moje oczy natychmiastowo się powiększyły. Jest s i ó d m a, pośpiesznie zacząłem schodzić z łóżka, ale niestety zamiast wstać jak człowiek, moja twarz pocałowała podłogę. Mam zaledwie 30 minut, aby w pełni się ogarnąć. Wybiegłem z pokoju i udałem się od łazienki. Wziąłem orzeźwiający prysznic, by oczyścić swoje myśli. Ubrałem dres klubowy, który wyglądał fatalnie i popędziłem na dół, do kuchni.
- Mark David Evans.
- Tak, kochanie kocham Cię. - odrzekłem, lekko ją całując.
Wlałem sok marchwiowy do szklanki i szybko opróżniłem jej zawartość.
- Nie jesteś zły?
- A powinienem? - spytałem, zakładając w tym czasie moje trampki.
- Wczoraj byłeś wściekły o to, że nie powiedziałam ojcu o naszym związku.
- Aa tak, tak... - urwałem, biorąc torbę. - Było minęło, chodź!
Po czym szybko wyszedłem z mieszkania.
- MARK! - słyszę za plecami zdyszany głos brunetki. - Chciałabym ci to wszystko wyjaśnić.
- Ej mała, nie gniewam się. - odparłem, nie zwalniając kroku.
- Czekaj. - powiedziałam, łapiąc mnie za rękę. - Nie wstydzę się ciebie. Jesteś wspaniały, wręcz idealny. Pojutrze przedstawię cię moim rodzicom, zgoda?
Spojrzałem rozbawiony w jej oczy. Złapałem jej drobne ręce i złożyłem na nich mały pocałunek.
- Okej, okej. Przyjmuję zaproszenie. - sapnąłem, łapiąc Nelly za rękę. - A teraz proszę cię chodź i tak już mamy 10 minut spóźnienia.
Pośpiesznym krokiem skręciliśmy w dobrze znaną dróżkę prowadzącą do gimnazjum. Wygląda na to, że na mecz spóźnimy się grubo 15 minut. Gdy już trener upewnił się, że wszyscy już są, cała grupka weszła do autokaru. Najchętniej poszedłbym na tylne siedzenia, ale z powodu choroby lokomocyjnej Nelly, usiadłem razem z nią tuż za panem Hilman'em.
* Diana's POV *
♫
Nie mogłam zasnąć. Cały czas w mojej głowie siedział Jude. Wszystko przez ten cholerny mecz. Wszystkie wspomnienia będą wracać do mnie, jedno po drugim. Nie chcę tego, chciałabym znaleźć odpowiednią wymówkę, by się wywinąć. Ale już za późno, już jestem w autobusie.
- Najgorsza scena to była jak tego gościa rozerwali na pół. Ale i to było średnio sklejone. - powiedział tryumfalnie Willy.
- A ty co o tym sądzisz? - pytanie zostało skierowane do mnie.
- Tak, masz rację. - odparłam, nie odrywając wzrok od szyby.
- Wiesz o czym mówimy? - usłyszałam podejrzliwy głos Blaze'a.
- Tak, dokładnie tak.
- Co jest? - popatrzyłam na niego zdezorientowana.
- Jestem zmęczona, daj mi spokój. - powiedziałam wymijająco.
- Już wiem o kogo chodzi... - w porę twarz Swifta została zatkana przez Max'a.
Podczas rozmowy podszedł do nas trener.
- Mam do ciebie sprawę. - poprosił bym usiadła obok niego.
- Tak?
- Otóż... - podrapał się po brodzie. - Przed meczem będzie twoim obowiązkiem sprawdzenie stanu zdrowia naszych chłopców oraz piłkarzy Akademii.
Spojrzałam z przerażeniem w oczy Axel'a. Nie mogę się sprzeciwiać trenerowi, musiałam się zgodzić.
- A czy to konieczne?
- Masz jakiś z tym problem? - zabrzmiał jego głos.
- Nie-e, skądże. Zajmę się tym. - przełknęłam wielką gulę w moim gardle.
Po chwili karawan się zatrzymał. Przyznam, że sam budynek tej szkoły budzi grozę. Wielkie, strzeliste wieże, a do tego ochrona jak u prezydenta. W oddali można było dostrzec niewielkie, małe okienka. Oczywiście na dachu powiewała flaga Akademii. Ściany szkoły miały ciemnoszary odcień. Słowem DOM STRACHÓW. Chłopcy przełknęli ciężko ślinę. Jedynym śmiałkiem był Mark, jak to zawsze. Jako pierwszy bez żadnej trwogi dotknął drzwi tego budynku. Na powitanie zostaliśmy prześwidrowani wykrywaczem metali, wymacani we wszystkie możliwe miejsca i przeszukani. Po przebadaniu naszych piłkarzyków, przyszedł czas na badanie Królewskich - czyli ta nieprzyjemna część. Nie miałam zamiaru iść tam sama, miałam obstawę - Max'a i Kevin'a. Weszłam nieśmiało do szatni. Było pusto, rozpłaszczyłam się, wzięłam mały stołeczek i wzięłam głęboki wdech. Przeleciałam wzrokiem listę całej drużyny. Jednak mam dziś odrobinę szczęścia, gdyż Sharp jest ostatni.
- Joe King! - wywołałam pierwszego na liście.
Chłopak wszedł z tym swoim łobuzerskim uśmiechem.
- Boli cię coś?
Spojrzał na mnie i poprawił niesforną grzywkę.
- Jestem wspaniałym stanie. - usiadł na typowego luzaka. - Po tatusiu przystojny.
- Jakieś alergie, przypadłości? - pozostałam niezdziwiona na jego zagrywki.
- Moja przypadłość właśnie na przeciwko mnie siedzi. - wzdrygnęłam się.
- Okej.. bierzesz jakieś leki?
Przekręcił przecząco głową.
- To wszystko. - sapnęłam, pokazując mi drzwi.
- Musisz mi coś powiedzieć. - obrócił się do wyjścia, jednak nie nastąpił ani kroku, spojrzał na mnie.
- Powiedziałam ci, że - wtrącił mi się zdanie
- Co się stało po między wami?
- Nie mam zamiaru o tym rozmawiać. - westchnęłam, bo wiedziałam, że to pytanie padnie tu setki razy i ja na ani jedno z nich nie odpowiem.
- Posłuchaj.. - już miał zacząć swój monolog, kiedy zorientował się, że za jego plecami znajduje się różowowłosy.
- Słyszałeś? - spojrzał na niego groźnie. - Powiedziała ci, żebyś wyszedł.
- Ja się jeszcze dowiem. - pogroził mi palcem, a Kevin dopilnował, aby trafił do wyjścia.
Spojrzałam ciepło w jego stronę.
- Nie ma za co. - mrugnął w moją stronę.
Zresztą zespołu poszło wyjątkowo szybko, więc jeszcze resztkami nadziei łudziłam się, że takie tempo pozostanie. Jeszcze tylko jedna osoba i o n. Najbardziej obawiam się właśnie tego jegomościa, jest na swoim, więc może robić co chce. Boje się, że złapałam jakąś paranoję.
- David Samford!
Do szatni wszedł mojego wzrostu chłopak. Miał siwe, długie włosy. Powitał mnie ciepłym uśmiechem. To kolejny jego przyjaciel, jednak jest zupełnie od nich inny. Zawsze jak go widziałam na korytarzu, wydawał się cichy i spokojny w przeciwieństwie do gangu Sharpa.
- Boli cię coś?
- Noga strzyka. - poruszył mechanicznie nogą.
- Jakieś przypadłości oprócz tego?
- Pewnie już dostrzegłaś moją opaskę. - zaśmiał się pod nosem. - Mam jaskrę.
- Wiesz, że..
- Ciii. - przyłożył palec do ust. - Mam pozwolenie od lekarza.
Przewróciłam kartki i znalazła się tam też druczek z bohomazami lekarskimi. Przyklękłam przy jego kolanie, by się lepiej przyjrzeć. Rzeczywiście coś dziwnie strzykało. Nie dziwię się, w końcu ich treningi są bardzo ciężkie i wiele z tego powodu się po przenosiło. Nasmarowałam obolałe miejsce maścią przeciwbólową.
- Dziękuję ci. - uśmiechnęłam się w jego stronę.
Zadziwiające. David jest połączeniem Jude'a z zarazem Blaze'a. Z jednej strony taki niegrzeczny chłopak, a z drugiej tajemniczy przybysz z zupełnie innej planety.
- Mam pytanie. - sapnął. - Wiem, że to nie moja sprawa...
- A ja ci na nie odpowiem. - odparłam szybko.
- Ale ja muszę wiedzieć. - powiedział poważniej, świdrując mnie wzrokiem.
- Co wyście się uparli, żeby wszystko wiedzieć, co? - warknęłam w jego stronę.
- Podobni jesteście wiesz? - ciarki przeszły mnie po całym ciele. - Tak samo uparci. Jude trafił w dziesiątkę.
- Tak i koncertowo to spaprał.
- Jak to?
Nie pochwalił ci się co? - trzasnęłam papierami o stół. - Wasz kumpel przez cały czas traktował mnie jak śmiecia, a potem mu się znudziłam i postanowił wsadzić język do gardła Lily.
- Ja nie wiedziałem.. - poprawił się na krześle.
- Dodam jeszcze, że robił to wszystko pod dyktando waszego szefa.
- Słucham? - wstał nadal mocno zdziwiony nagromadzeniem
- Koniec, wynoś się! - krzyknęłam poddenerwowana - Tam są drzwi.
Bez słowa, wyszedł, a ja próbowałam pohamować łzy.
* Jude's POV *
Przez cały ten dzień sprawdzam każdy zakamarek szkoły. Pewnie zapytacie - po co? Chodzi o pułapki zastawione na naszych przeciwników, przez Dark'a. Powiedzmy sobie szczerze... po tym incydencie z mechatronikami, burzeniem szkół, zastraszaniem trenerów, nasz mistrzunio nie zmienił swoich nawyków. Na pewno dla Raimon'a przygotował równie świetne metody. Ten chamowaty, egoistyczny, zły i posłuszny oraz oddany Akademii, Jude machnął by na to ręką, ponieważ nie interesował się losem swoich rywali. Teraz ten Jude, którego szukałem przez dłuższy czas, wyszedł na zewnątrz. Chcę, a nawet zamierza grać fair! Bez żadnych przekrętów, bez demolki. Tylko ja i piłka, tylko ja i Evans. Takie zwycięstwo to nie jest satysfakcja... Obszedłem dosłownie wszystkie pomieszczenia znajdujące się w tej szkole. Nic, podejrzane, ale jednak n i c. Nagle usłyszałem czyjeś kroki. To był David.
- Już wiem. Wszystko! - warknął w moją stronę.
- O co ci chodzi? - spytałem, unosząc jedną brew do góry.
- Nie wiedziałem, że jesteś taki. - złapał się za głowę. - Ale żeby uderzyć dziewczynę?
- Jeszcze tego brakowało.. - wymamrotałem.
- ... jeszcze do tego tak wspaniałą jaką jest Diana?! -
- To nie tak...
- Nie zwalaj tu na trenera. - chodząc z jednej strony na drugą. - Mogłeś równie dobrze nie sugerować się nim i utrzymywać związek w tajemnicy. Ty jednak stchórzyłeś.
Zacisnąłem pięści. Po raz kolejny zostaje poniżony, ale słusznie. Najbardziej bolą słowa od moich przyjaciół i od niej.
- Powiedz coś. - jęknął, będąc pewien, że wszystkiego się wyprę. - Gdzie jest ten pewny siebie Jude, którego znałem?
- Przesuń się, muszę coś sprawdzić. - sapnąłem, wymijając go.
- O nie. - przydusił mnie do ściany. - Musisz mi to wyjaśnić.
- Cholera Samford jeśli życie ci niemiłe, to przesuń się.
W oczach chłopaka pojawił się lekki niepokój. Spojrzałem na niego spod byka i ruszyłem w głąb korytarza, w stronę naszej szatni. Właśnie tam miałem mieć jakieś badania. Nie spodziewałem się jednej rzeczy, a raczej osoby. Wszedłem do środka i moim oczom ukazał się mój skarb, moje szczęście, moja zatracona miłość. Nie patrzyła na mnie, unikała mojego wzroku.
- Więc przyprowadziłaś swoich gogusiów, bo taki jestem straszny, co? - westchnęła głęboko.
- A więc zadam to pytanie po raz 24. Boli cię coś?
- Szczerze mówiąc to serce. - położyłem rękę na klatce piersiowej. - Ale nawet najlepsze leki nie uśmierzą tego bólu.
- Możemy zostać sam na sam? - dziewczyna zwróciła się do dwóch piłkarzyków z Raimon'a.
- Okej, ale jak coś będzie nie tak. - poklepał ją po ramieniu. - To wiesz co robić.
Zostałem sam na sam, jak poprosiła. Z nią, z moją kobietą, z moją spapraną sprawą. Patrzyliśmy na siebie w ciszy, jej wzrok przeszywał w moją duszę w pół. Czułem się tak jak wtedy, w tej cholernej klasie, obejmując Lily w pasie, tak to uczucie nadal mi towarzyszy.
- Zagrajmy w otwarte karty. - rzuciła kartą.
Rozpostarłem ręce, przystawiła mnie do ściany, a ja nie mam zamiaru unikać jej konfrontacji.
- Dlaczego mi to robisz? - spytała, podnosząc się z krzesła. - Cały czas chodzisz mi po głowie.
- Wicewersa kochana. - pokiwałem głową.
- Cały czas się starasz, wydzwaniasz, piszesz, nachodzisz mój dom, wysyłasz swoich ziomalów do śledzenia mnie... Po co to robisz skoro i tak nic z tego nie będzie?
- Nadzieja matką głupich. - powiedziałem, również podnosząc się z miejsca.
- Dobrze wiesz co zrobiłeś. - zbliżyłem się do niej, zrobiła krok w tył. - Powiedziałabym nawet, że jesteś z tego niesamowicie dumny.
- Zachowałem się jak komple--
- Daj mi skończyć! - wrzasnęła, piąstkując mój tors. - Po mimo tego, że mnie zraniłeś..
Z jej oczu popłynęły łzy.
- Ja... Cię kocham. - miałem ją ochotę pocałować, ale widząc moje intencje, odepchnęła mnie tak, że opadłem na krzesło. - Kocham potwora, który mnie wyżera od środka.
- A ten potwór... też cię kocha. - złapałem ją za ręce, a czułem, że mięknie.
- Mimo tego... nie jesteś jedyny. - puściłem jej ręce.
- No pewnie. - stwierdziłem. - Jak raz się koło ciebie zakręcił..
- Nie masz prawa mnie oceniać... chcę ruszyć na przód, proszę cię.
Diana szybko wybiegła ze szlochem, a ja schowałem twarz w dłonie. Nienawidzę siebie. Rzygać aż się chce.
* Diana's POV *
Wybiegłam z płaczem z tej szatni. W końcu to z siebie wyrzuciłam. Co za paradoks... Kochać dwóch na raz? Jestem idiotką. Nagle czuję, że na kogoś wpadam. To Axel. Nawet nie mam śmiałości spojrzeć w jego oczy.
- Diana. Co jest? - spytał, zmuszając mnie do spojrzenia w jego oczy.
- Sama nie potrafię określić co jest ze mną.
- Gdzie on... - przytrzymałam go.
- Nie Axel. - i nagle nasze twarze zbliżyły się do siebie. - Można kochać dwie osoby?
Zaczerwieniliśmy się oboje.
- Teoretycznie, nie. Ale kto powiedział, że trójkącik to nie jest zły pomysł? - dźgnęłam chłopaka w bok.
To już wymyka się z kontroli, muszę się opanować, gdyż moja głowa nie jest w idealnym stanie, by przeskakiwać z tak zwanego 'kwiatka na kwiatek". Udaliśmy się razem do szatni. Zamieniłam mój dresowy strój na coś innego. Wzięłam gitarę w dłoń i ruszyłam w stronę stadionu. Przepełniona nową energią, zaczęłam śpiewać. Sharp próbował choć na chwilę nawiązać ze mną kontakt wzrokowy podczas mojego występu, ale ja na to nie pozwoliłam. Chcę zapomnieć. Ale teraz definitywnie, teraz na zawsze. Mój występ się zakończył i nadszedł czas na początek półfinałów. Obie drużyny się ustawiły po dwóch stronach boiska, a ja zamknęłam oczy. Usłyszałam strzępienie się liny i wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego.
hej, hej! :)
jest 18 październik.
łoł.
minęło niespełna tydzień od dodanie rozdziału.
co raz częściej zaniedbuje blogi.
czeba to naprawić! :D
no no no
co tam się wydarzyło?
zobaczycie niebawem 8))))))))))
http://sklotmoimdomem.blogspot.com/2015/10/32.html
OdpowiedzUsuńZapraszam na kolejny rozdział :)