Rozdział:18
"Złapałem ją w talii i stanowczo przyciągnąłem do siebie. Ta chwila była magiczna. Jej zimne usta idealnie komponowały się z moimi. Cały mój świat wirował zupełnie tak jakbym właśnie zapalił marihuanę.
- To było miłe.. - mruknąłem, patrząc prosto w moje oczy.
- Nie mogę się nie zgodzić. - urwała, dając włosy za ucho.
- Może pogramy razem w piłkę?
- Czemu nie."
- To było miłe.. - mruknąłem, patrząc prosto w moje oczy.
- Nie mogę się nie zgodzić. - urwała, dając włosy za ucho.
- Może pogramy razem w piłkę?
- Czemu nie."
* Diana's POV *
- No bo my i Nelly..
Próbuje uspokoić mój rytm serca. Odkąd się dowiedziałam, że Nelly chodzi z Mark'iem nie potrafię się uspokoić. Braciszek przedstawiał mi wiele argumentów na to, że się zmieniła. Żebym dała jej drugą szansę.
- Sama kiedyś powiedziałaś, że w każdym człowieku jest ociupinkę dobra.
- Ale nie w niej Mark. - warknęłam, gdyż jego ptasi móżdżek zapomniał co stosunkowo niedawno zrobiła "jego" Nelly.
Ja nie zapomniałam. Nie jest w stanie zamydlić mi oczu. Już na tyle znam tą dziewczynę, że teraz na pewno nie uwierzę w jej magiczną przemianę. Już od 2 godzin siedzę w szkole, przede mną biologia, matematyka, japoński i geografia. Usłyszałam piskliwy dźwięk dzwonka, koniec przerwy. Czas na moją najulubieńszą - biologię. Akurat się złożyło, że siedziałam z Bobby'm. Od czasu kiedy, uratował nas przed śmiercią i pomógł mi załagodzić mój konflikt z Blaze'm, nabrałam do niego zaufania. Gdy pani omawiała bardzo ważne wiadomości, ja tymczasem bazgrałam po kartce. Narysowałam postać panny Raimon i zaczęłam dźgać w rysunek. Po chwili poczułam ukłucie w boku, spojrzałam w stronę blondyna i nim się obejrzałam obok mnie wyrosła pani Huroko.
- Panno Evans, co jest takiego ciekawego w tym zeszycie?
- Ależ nic proszę panią.. - odrzekłam, zamykając powoli zeszyt.
- Mogę zobaczyć?
Oh shit. Jeszcze tego by brakowało. Udupiliby mnie za to, że w jakiś sposób obrażam córkę właściciela szkoły.
Bez namysłu kopnęłam Shearer'a w kostkę. Chłopak cicho jęknął.
- Och proszę panią! Po co tracić czas na takie coś? Przecież Diana skrupulatnie zapisuje pani słowa. - bajerant.
- Gdybyś ty tak robił, byłabym o wiele bardziej uradowana. - sapnęła.
Uśmiecham się w jego stronę. Pani Huroko wróciła do omawiania lekcji, a ja mogłam być spokojna o swoje miejsce w szkole.
- Dzięki. - jęknęłam z niemałą ulgą.
I nagle zabrzęczał dzwonek na lunch. Udaliśmy się do stołówki, gdzie roiło się mnóstwo uczniów, wyglądała to zupełnie jak w mrowisku. Gdy tylko podeszliśmy na sekcje z jedzeniem, tradycyjnie wzięłam dla siebie jogurt truskawkowy oraz małą porcję sałatki z kurczakiem. Przy stoliku siedział już Blaze, pałaszując swojego hamburger'a, poklepał mi miejsce obok siebie. Bobby również do nas dołączył.
- Aż tak ją nienawidzisz? - westchnęłam głęboko na pytanie Shearer'a.
- Dziwisz się? - wyrwał się Nate. - Na Diany miejscu rozszarpałbym ją..
- By była kolanami na ryj! - dodał śmiejący się pod nosem Max.
- A za co ją tu kochać? - zaczęłam wymachiwać rękami. - To, że chodzi z moim braciszkiem, nie oznacza dla niej żadnej taryfy ulgowej.
- Chyba wywołałaś wilka z lasu. - chrząknął Axel.
Obejrzałam się za siebie i przewróciłam oczami. Mało nie zwymiotowałam swojego jogurtu. Do stołówki weszła ona i Mark, ten widok nadal mnie przeraża, mimo, że trwa to niemalże tydzień. A oni - "zakochani" jak zwykle trzymali się za ręce, on jej coś pluł do ucha, ona też przy czym śmiała się słodko. Urocze, nie prawdaż? Oczywiście musieli usiąść przy stoliku na przeciwko. O mało nie wybuchłam, zaczęłam dźgać sałatę.
- Najpierw zeszyt.. - wskazał na mój talerz Bobby. - Teraz sałata... co ci zrobiła?
- Bo ci żyłka pęknie. - odparł Nathan, rzucając we mnie papierkiem.
- Masz okres? - spytał Max, na co rzuciłam w jego głowę pustym opakowaniem po jogurcie.
- Ciąża! - dodał Bobby, a wtedy cała trójka zaczęła się nabijać..
Uśmiechnęłam się w jego stronę.
- W a l c i e s i ę. - wycedziłam przez zęby.
- Jude. - zaczął walić po ręce Max'a.
- Swift, to nie jest zabawne.
- Ale serio to Jude! - powiedział Shearer, oglądając się za siebie.
- Przestaniecie? Nikogo tam nie... - urwałam i moim oczom ukazał się pan Sharp.
Co on tu do jasnej cholery robi? I na dodatek, wzrokiem szuka czegoś, kogoś... Oho zbliża się. Czas na taktyczny odwrót. Szybkim krokiem nałożyłam na głowę kaptur, okulary i potajemnie wyszłam z sali.
- Ej ziomie.. - niestety musiałam na niego wpaść. - gdzie znajdę Bobby'ego?
- Nie wiem, nie znam go i nie wiem który to. - odchrząknęłam, trochę niższym głosem.
- Dzięki stary. - odparł klepiąc mnie po plecach, udał się w kierunku naszego stolika.
* Jude's POV *
- Zawieź mnie do Raimon'a. - krzyczę w stronę ojca.
- Nie ma mowy. - odparł niewzruszony. -Pan Ray Dark nakazał mi, abyś nie zbliżał się do te j szkoły.
- Dobra, przejdę się. - sapnąłem, otwierając znienacka drzwi.
- Jude, do jasnej cholery! - udarł się.
- Czy możesz. - bez słowa mnie wysadził.
A ja znalazłem się na najbliższym przystanku, byłem stosunkowo niedaleko. Gdy tak szedłem po głowie krążyły mieszane myśli i uczucia. Zupełnie nie rozumiem naszego trenera. Co on do nich ma? A raczej powinno brzmieć pytanie - co oni mu zrobili. Najwidoczniej dużo złych rzeczy, skoro nawet nie pozwala mi przejść przez próg, a co dopiero przez drzwi tej placówki. Od paru dni Bobby mi nie odpisuję, ignoruje moje telefony, a w jego domu niesamowicie znika. Nie mogę tego dłużej znieść, co on wyprawia? Muszę z nim pogadać i przeprosić... Tak wiem, słowo przepraszam z moich ust to coś nowego, sam się zdziwiłem. Zdałem sobie sprawę, że traktowałem go jak nasz trener, ostro, bez żadnych uczuć.
Przekroczyłem niepewnie próg szkoły, na korytarzach roiło się mnóstwo uczniów, lecz nigdzie nie mogłem go znaleźć. Spojrzałem na zegarek, 12. Pora lunch'u. Dzięki instrukcji innych uczniów, spokojnie dotarłem na stołówkę, ponieważ jest przerwa na lunch, a gdzie lunch, tam też chłopak. Powoli próbuje zlokalizować blond czuprynę, ale na marne. Za dużo ich tutaj.
- Ej ziomie.. - złapałem pierwszego-lepszego lamusa. - gdzie znajdę Bobby'ego?
- Nie wiem, nie znam go i nie wiem który to. - odrzekł koleś w szarym kangurze.
- Dzięki stary. - odrzekłem idąc w głąb tłumu.
Dopiero później zorientowałem się, że stoję na przeciwko stolika przy którym siedziała moja zguba. Mocno szarpnąłem go za rękę.
- Noi pies pogrzebany. - palnął jeden z nich na mój widok.
- Ej, co ty chcesz? - spytał zdezorientowany.
- Lepiej, żebyś puścił tą rękę, jeśli ci życie miłe. - warknął Axel, wstając powoli z ławki.
- Dam radę, dzięki Axel. - chłopak tylko machnął ręką i wyszedł wraz ze mną na zewnątrz.
- Jeśli myślisz, że nadal będę szpiegował Raimon to grubo się mylisz. - postawił mi gruby warunek. - Chcę grać w piłkę bez żadnych przekrętów, bez Dark'a.
- Rozumiem. - spojrzał na mnie zdziwiony. - Też mam pewne wątpliwości wobec jego kompetencji.
- To czemu trzymasz jego stronę? - pchnął mnie. - Skoro mówisz, że straciłeś do niego zaufanie... to dlaczego spełniasz wszystkie jego rozkazy?
- To nie takie proste jak sobie myślisz. - sapnąłem, opierając się o pobliskie drzewo.
- Uwierz mi jest. Nie możesz być jego marionetką do cholery!
Oj Bobby gdybyś wiedział... gdybyś tylko wiedział.
- Pamiętasz jak to było kiedyś?
Przed moimi oczami pojawił się obrazek przedstawiający duże boisko. Biegało na nim kilku chłopców, w tej grupce znajdowałem się również ja i Bobby.
" - Jude, Jude podaj do mnie! - krzyczy mały Shearer, cały zdyszany.
Bez namysłu kopię do chłopaka. A ten, niczym niesiony przez anioła, biegnie prosto do bramki. Dysponuje świetnym dryblingiem, dlatego bez problemu omija pozostałych zawodników. Nic mu nie staje na drodze. Wykonuje szybki, ale mocny strzał. BUM! BRAMKA! Podbiegłem uszczęśliwiony do przyjaciela, cała nasza paczka poczęła podnosić chłopaka. "
I wtedy tak na prawdę pokochałem piłkę nożną. Kiedyś to było... a teraz? Na samą myśl o tym czuję wściekłość, lęk i poczucie przymusu. To miało być dla mnie przyjemnością i w jakimś stopniu zjednoczenie się z duchem mojego ojca. Ale właśnie w tym dniu, dowiedziałem się o śmierci moich rodziców. Footbal pozwolił mi wrócić do normalności.
- Oczywiście. Ale to nic nie zmienia. - powiedziałem, zamykając oczy. - Mam ważny powód, aby jeszcze zostać przy Dark'u. Spotkamy się na boisku.
- Ale.. - próbował mnie zatrzymać.
- Zostaw to wszystko mnie.
Po czym powoli zmierzałem w kierunku wyjścia. Mam to gdzieś czy trener coś planuje na Raimon'a czy nie. Jeśli to zwycięstwo pozwoli mi wrócić do normalnego życia, do życia wraz z moją najukochańszą siostrą, to zacznę wtedy nowy etap w życiu. Może w końcu wyjdę na prostą?
* Mark's POV *
♫
Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Mam w wspaniałą dziewczynę, prawdziwych przyjaciół, świetną drużynę i jesteśmy w półfinałe STF. Czego chcieć więcej? Może tego aby Diana i Nelly zakopały topór wojenny? Na pewno.
- Mark. Co mam zrobić, aby mi wybaczyła? - jęknęła brunetka, kładąc głowę na moim ramieniu. - Staram się jak mogę.
- Przeproś ją, weź na zakupy. Cokolwiek. - odrzekłem.
- Łatwo ci mówić. - urwała. - przecież wbiłam jej sztylet w serce i dokopałam do końca życia.
- Nelly. - wziąłem jej twarz w dłonie. - To było dawno, ona to wie, ja i ty. Będzie dobrze.
Dziewczyna powoli wstała i udała się w stronę stolika przy którym siedziała moja siostra, Axel, Max i Nathan.
* Diana's POV *
Bobby już długo nie wracał odkąd poszedł wraz Jude'm tylko "pogadać". Dopiero potem dostałam od niego SMS'a.
od Bobby: Źle się czuje, zmywam się na chatę.
Spokojnie zaczęłam spożywać swoją sałatkę, gdy ktoś usiadł obok mnie. Momentalnie wyczułam dobrze znane mi różane perfumy, zaczęło mnie z lekka mdlić. Spojrzałam w lewo, gdzie znajdowała się ona. Miałam nadzieję, że to sen (koszmar), z którego mogę się jeszcze obudzić.
- Czym mogę pani służyć? - uraczyłam ją znaczącym spojrzeniem.
- Diana wiem, że wyrządziłam ci wiele szkód.
- Szkód. - zadrwił Max.
- Ale choć dla Marka... - prawie się zadławiłam. - przestańmy się tak zachowywać. Co ty na to aby po szkole pójść na jakiejś zakupy?
Spojrzałam na nią krzywo. Poniekąd nie chcę, aby mój braciszek się zamartwiał, ale z drugiej mam dość jej osoby obok mnie.
- Zrobię to tylko i wyłącznie dla Marka. - sapnęłam. - Nie licz, że będziesz moją przyjaciółką.
- Dobre i to. - westchnęła, po czym wstała i skierowała się do swojego ukochanego, taka uszczęśliwiona jakby nie wiadomo co się stało. Mark cały czas głupio się do mnie uśmiechał, pokazując kciuk w górę.
- Axel. Idziesz ze mną.
- Co? Nie. - sprzeciwił mi się blondyn, nawet na mnie nie patrząc.
- Nie zapominaj, kto ma twoje zdjęcie w samych stringach...
- Diana! - jęknął.
- Nie wierzę... muszę to zobaczyć. - zaczął klaskać Nathan.
- Eeeej miałaś to usunąć! - wskazał na mnie, a ja zaczęłam się śmiać na myśl tego zdjęcia. - Oszustka. Skoro już muszę z wami iść... to niech Mark też przyjdzie.
Pokiwałam przecząco.
- Przecież robisz " tylko dla niego " - odrzekł Max, udając mój głos.
Zdzieliłam chłopaka zeszytem do japońskiego. Po szkole szybko udałam się do domu, gdyż już o 14 miałam się udać z Nelly na zakupy. Najchętniej cały ten dzień spędziłabym z nosem w książkach. Po 5 minutach już byłam w domu. Gdy zauważyłam, że w salonie się coś zmieniło. Mianowicie na szklanym stole stała doniczka.
- Co tak wcześnie? - spytała mama, kładąc rękę na moim ramieniu.
Wzruszyłam ramionami.
- Od taty? - wskazałam na kwiatek.
- Właściwie to... - uśmiechnęła się podekscytowana. - Był tu taki jeden chłopiec...
- Słucham? Kto?
- Miał na imię... Ju ju ju... Jude! Mówił, że to dla ciebie. - zagryzłam dolną wargę.
- Mówił coś jeszcze?
- Nie... A coś się stało?
- Idę z Nelly na zakupy. - wyminęłam zręcznie temat.
- Super!
- Zależy dla kogo. - mruknęłam.
- Ktoś jeszcze z wami idzie? - wkroczyła mama detektyw.
- W sumie... będzie Axel i Mark.
Spojrzałam na zegar, 13:50.
- A niech to!
Szybkim krokiem udałam się na górę. Wzięłam ciepły prysznic, umalowałam się i uczesałam włosy w niedbałego francuza. Ubrałam się i już miała napisać, że nie dam rady, ale kości zostały już rzucone. Więc wylałam na siebie flakon moich ulubionych perfum. Około 15, przyszedł Axel wraz z Nelly. Udaliśmy się do najbliższego centrum handlowego.
- Ładnie wyglądasz. - o tego jeszcze nie było.
- Ty również. - odrzekłam szybko, sztucznie się uśmiechając.
- To gdzie najpierw? - spojrzała zdezorientowana na Mark'a.
Komórka bruneta za wibrowała. Chłopak udał zaskoczenie.
- Holipka! Muszę niestety iść. - podrapał się po głowie. - Muszę pomóc mamie w ogródku...
- Ty nigdy nie pomagasz mamie w ogródku... - wiedziałam, że chce puścić nam puścić niezłe bambuko.
- Tyle o mnie nie wiesz kochaniutka... - odparł mój braciszek, szybko wychodząc z centrum handlowego. Dokąd mógłby pójść?
* Mark's POV *
Spojrzałem na telefon udając wielkie zaskoczenie. Tak na prawdę miałem coś ważniejszego załatwienia niż zakupy. A zresztą.. dziewczyny nawiążą bliższy kontakt, jeśli będę same, prawda?
- Holipka! Muszę iść.. Muszę pomóc mamie w ogródku... - na prawdę Mark? Oceniam tą grę aktorską 5/3.
- Ty nigdy nie pomagasz mamie w ogródku...
Musiałem zachować zimną krew, a potem jakby nigdy w życiu wyszedłem z galerii. Moje kroki zmierzały w stronę restauracji, w której pracuje pan Hillman. Podczas szukania odpowiedniego człowieka na stanowisko naszego trenera, od razu mój mózg podsunął mi go. Przecież pan kucharz należał do legendarnej 11! Pewnym krokiem wkroczyłem do środka. Mężczyzna siedział przy stoliku, studiując dzisiejszą gazetę. Szybko do niego podszedłem, wyrywając mu makulaturę z przed oczu.
- Co jest...
- Panie Hillman, mam do Pana prośbę. - wziąłem głęboki wdech. - Czy zostanie pan naszym trenerem?
- Jestem nędznym kucharzyną. - zaśmiał się na moje słowa. - Czy na pewno to przemyślałeś?
Poczułem jak całe moje ciało oblewa fala niepohamowanego gniewu.
- Niech pan mnie posłucha. - trzasnąłem z całej siły w ręką w stół. - Skoro nie da się pan przekonać prośbą to może zagrajmy o to!
- Chyba sobie..
- Ma pan 3 strzały, jeśli je wszystkie obronię zostanie Pan naszym trenerem. Czy to jasne?
- Zawsze byłeś taki pewny siebie, maluszku? Ale skoro się sam o to prosisz... Daj mi tylko 5 minut. - sapnął, wracając do swojego zaplecza aby ściągnąć fartuch.
I nim się obejrzałem stałem w bramce, patrząc mu prosto w oczy . Na dworze wiał lekki, letni wiaterek. Pogoda idealna na tak epicki pojedynek. Dotknął piłkę stopą, przez chwilę, zdawać by się mogło, że mój przeciwnik się zastanawia. Niczym się zorientowałem, mężczyzna wziął rozbieg i z całej siły wycelował w bramkę. Jednak dzięki moim zwinnym ruchom, piłka znalazła się w moich rękach. Uśmiechnąłem się łobuzersko w stronę Pana Hillmana.
- Obroniony. - stwierdziłem, uśmiechając się. - Jeszcze 2 strzały, niech pan tego nie zmarnuje.
- Przy drugim strzale zniknie ci ten uśmieszek z twarzy. - odparł sarkastycznie, ponownie kopiąc z podwójną siłą w piłkę.
Piłka poszybowała nico wyżej. Wiedziałem, że nie zdołam jej złapać, dlatego też użyłem mojej OGNISTEJ PIĘŚCI.
Jest na prawdę dobry jak na swoje lata. - pomyślałem, przecierając obolałe ręce.
- Jak to się mówi do 3 razy sztuka! - krzyknął, kopiąc piłkę znacznie mocniej niż wcześniej.
Nędzny kucharzyna... Tak, jasne. Poczułem, że pod wpływem strzału moje ciało przesuwa się do tyłu. Teraz czas na wyjęcie mojego asa z rękawa. BOSKA RĘKA.
* Diana's POV *
Strasznie długo pomagasz mamie przy ogródku. - pomyślałam, patrząc na zegarek, który wskazywał godzinę 18. Tak, spędziliśmy całe 4 godziny w centrum handlowym. Jak każda kobieta lubię iść na mały " shopping ", a kiedy już jestem tutaj, tracę głowę kompletnie. Nie mogliśmy wyjść wcześniej, dopóki nie wejdziemy do wszystkich tych sklepów znajdujących się w tej galerii.
- W turkusie mi do twarzy? - spytała Nelly, obracając się dookoła.
Tymczasem ja siedziałam znudzona na jednej z kanap umieszczonych przy przymierzalniach. Natomiast Axel wyczerpany tym wszystkim zasnął. Wyglądał dość słodko i oczywiście znów coś mruczał pod nosem.
- HEEEJ, SP SP SPÓJRZ NA MOOOO I JE OCCC YY. JA WIE DZ DZ DZIAŁEM, ŻEEEE E E E JESTEM NAJLEE E E E E PSZY TTTTT YLKO JES TTT EM SKR OOO MNII UU TEEEŃKI KOOO CHANA MO A AJA A. EEE J M AA A X CZEMU TY TUU Z TY TY TYM WÓ ÓÓ ZZ KI KI III EEM... Ł OOOO KURW W W W DA JA A A A K T OOOO OJCE E E E EM Z JA CC KIEM?! TT OO SIE NIE CZ CZY MMMMM AA AMA KUUU PPPYY... - zamruczał.
Zaśmiałam się pod nosem. Ciekawe kim jest ta jego "kochana".
- Wyglądasz pięknie. - odparłam.
- Mogłabyś się wysilić na coś lepszego.
- Mój słownik jest ubogi w słowa - odrzekłam, rozkładając ręce w geście bezradności.
Dziewczyna przewróciła oczami i ponownie weszła do przymierzalni. I tak z 5 tysięcy razy.
- Chodź mam coś dla ciebie. Przymierz! - powiedziała ciepło, podając mi sukienkę.
Nie jestem typem dziewczyny ubierającej się w spódniczki czy też w sukienki. Wolę styl uliczny, luźny, fajne gacie, za duże bluzy. Lekko się skrzywiłam i nieśmiało weszłam do jednej z przebieralni. Sukienka była piękna, a gdy ją założyłam momentalnie się zakochałam. Nie dość, że jest ona czerwona jak róża, to na dodatek wspaniale się układa na moich biodrach. Wychyliłam się z zasłonki.
- I jak? - krzyknęłam, przez co obudziłam śpiącego blondyna.
Jego mina była bezcenna. Malowało się na niej zdziwienie pomieszane z zadowoleniem. Na moją twarz wkradł się mimowolny uśmiech.
- Wow... - patrzył na mnie przez chwilę. - Jesteś cudowna.
Na jego słowa zarumieniłam się. Wróciłam ponownie do garderoby aby założyć moje ciuchy.
- Bierzesz?
- O nie... nie za taką cenę. - jęknęłam, patrząc na metkę.
- Zapłacę. - odrzekł szybko, biorąc sukienkę do ręki i kierując się z nią do kasy.
Podążyłam za nim. Błagałam go przez dobrą chwilę, aby odszedł od kasy i jej nie kupował. Jednak chłopak był nieugięty, nawet gdy oplotłam się wokół jego kostki, ciągnął mnie za sobą nie wzruszony. Gdy już mieliśmy wychodzić z galerii i kierować się do naszych domów, dostałam SMS'a od naszego "ogrodniczka":
Mark: Chodźcie do domku club'owego. JUŻ!
do Mark: A ty czasami nie miałeś przesadzać bratków, mój malutki?
Mark: Dan, to nie jest śmieszne.
Skierowaliśmy nasze kroki w stronę szkoły Raimon. I nim się obejrzeliśmy staliśmy pod drzwiami domku. Lekko uchyliłam drzwi i weszliśmy do środka.
- A więc moi drodzy, oto nasz nowy trener pan Simon Hillman.
- Co... ale jak? - wrzasnęłam zdezorientowana.
- Przecież to.. zwykły kucharz. - podsumowała Nelly.
- Jeszcze zobaczycie! - krzyknął podekscytowany brunet.
CZEŚĆ KOCHANI! :))
przepraszam was jak najmocniej. :c
ten rozdział miał się pojawić już w tamtą niedzielę, ale.
no właśnie ALE!
nie miałam na to siły, ochoty i weny. -.-
lecz teraz spiełam dupkę i proszę bardzo rozdzialik jest! :D
nasze piłkarzyki mają nowego trenera,
Diana ociepliła ociupinkę stosunki z panną Raimon.
nie mogłam wtrącić do tego rozdziału pana Jude'a. <3
to chyba na tyle.
czeeeść.
p.s dzięki za 700 wyświetleń! aż serce rośnie gdy patrzę ile osóbek zerka na mój blog.
Próbuje uspokoić mój rytm serca. Odkąd się dowiedziałam, że Nelly chodzi z Mark'iem nie potrafię się uspokoić. Braciszek przedstawiał mi wiele argumentów na to, że się zmieniła. Żebym dała jej drugą szansę.
- Sama kiedyś powiedziałaś, że w każdym człowieku jest ociupinkę dobra.
- Ale nie w niej Mark. - warknęłam, gdyż jego ptasi móżdżek zapomniał co stosunkowo niedawno zrobiła "jego" Nelly.
Ja nie zapomniałam. Nie jest w stanie zamydlić mi oczu. Już na tyle znam tą dziewczynę, że teraz na pewno nie uwierzę w jej magiczną przemianę. Już od 2 godzin siedzę w szkole, przede mną biologia, matematyka, japoński i geografia. Usłyszałam piskliwy dźwięk dzwonka, koniec przerwy. Czas na moją najulubieńszą - biologię. Akurat się złożyło, że siedziałam z Bobby'm. Od czasu kiedy, uratował nas przed śmiercią i pomógł mi załagodzić mój konflikt z Blaze'm, nabrałam do niego zaufania. Gdy pani omawiała bardzo ważne wiadomości, ja tymczasem bazgrałam po kartce. Narysowałam postać panny Raimon i zaczęłam dźgać w rysunek. Po chwili poczułam ukłucie w boku, spojrzałam w stronę blondyna i nim się obejrzałam obok mnie wyrosła pani Huroko.
- Panno Evans, co jest takiego ciekawego w tym zeszycie?
- Ależ nic proszę panią.. - odrzekłam, zamykając powoli zeszyt.
- Mogę zobaczyć?
Oh shit. Jeszcze tego by brakowało. Udupiliby mnie za to, że w jakiś sposób obrażam córkę właściciela szkoły.
Bez namysłu kopnęłam Shearer'a w kostkę. Chłopak cicho jęknął.
- Och proszę panią! Po co tracić czas na takie coś? Przecież Diana skrupulatnie zapisuje pani słowa. - bajerant.
- Gdybyś ty tak robił, byłabym o wiele bardziej uradowana. - sapnęła.
Uśmiecham się w jego stronę. Pani Huroko wróciła do omawiania lekcji, a ja mogłam być spokojna o swoje miejsce w szkole.
- Dzięki. - jęknęłam z niemałą ulgą.
I nagle zabrzęczał dzwonek na lunch. Udaliśmy się do stołówki, gdzie roiło się mnóstwo uczniów, wyglądała to zupełnie jak w mrowisku. Gdy tylko podeszliśmy na sekcje z jedzeniem, tradycyjnie wzięłam dla siebie jogurt truskawkowy oraz małą porcję sałatki z kurczakiem. Przy stoliku siedział już Blaze, pałaszując swojego hamburger'a, poklepał mi miejsce obok siebie. Bobby również do nas dołączył.
- Aż tak ją nienawidzisz? - westchnęłam głęboko na pytanie Shearer'a.
- Dziwisz się? - wyrwał się Nate. - Na Diany miejscu rozszarpałbym ją..
- By była kolanami na ryj! - dodał śmiejący się pod nosem Max.
- A za co ją tu kochać? - zaczęłam wymachiwać rękami. - To, że chodzi z moim braciszkiem, nie oznacza dla niej żadnej taryfy ulgowej.
- Chyba wywołałaś wilka z lasu. - chrząknął Axel.
Obejrzałam się za siebie i przewróciłam oczami. Mało nie zwymiotowałam swojego jogurtu. Do stołówki weszła ona i Mark, ten widok nadal mnie przeraża, mimo, że trwa to niemalże tydzień. A oni - "zakochani" jak zwykle trzymali się za ręce, on jej coś pluł do ucha, ona też przy czym śmiała się słodko. Urocze, nie prawdaż? Oczywiście musieli usiąść przy stoliku na przeciwko. O mało nie wybuchłam, zaczęłam dźgać sałatę.
- Najpierw zeszyt.. - wskazał na mój talerz Bobby. - Teraz sałata... co ci zrobiła?
- Bo ci żyłka pęknie. - odparł Nathan, rzucając we mnie papierkiem.
- Masz okres? - spytał Max, na co rzuciłam w jego głowę pustym opakowaniem po jogurcie.
- Ciąża! - dodał Bobby, a wtedy cała trójka zaczęła się nabijać..
Uśmiechnęłam się w jego stronę.
- W a l c i e s i ę. - wycedziłam przez zęby.
- Jude. - zaczął walić po ręce Max'a.
- Swift, to nie jest zabawne.
- Ale serio to Jude! - powiedział Shearer, oglądając się za siebie.
- Przestaniecie? Nikogo tam nie... - urwałam i moim oczom ukazał się pan Sharp.
Co on tu do jasnej cholery robi? I na dodatek, wzrokiem szuka czegoś, kogoś... Oho zbliża się. Czas na taktyczny odwrót. Szybkim krokiem nałożyłam na głowę kaptur, okulary i potajemnie wyszłam z sali.
- Ej ziomie.. - niestety musiałam na niego wpaść. - gdzie znajdę Bobby'ego?
- Nie wiem, nie znam go i nie wiem który to. - odchrząknęłam, trochę niższym głosem.
- Dzięki stary. - odparł klepiąc mnie po plecach, udał się w kierunku naszego stolika.
* Jude's POV *
- Zawieź mnie do Raimon'a. - krzyczę w stronę ojca.
- Nie ma mowy. - odparł niewzruszony. -Pan Ray Dark nakazał mi, abyś nie zbliżał się do te j szkoły.
- Dobra, przejdę się. - sapnąłem, otwierając znienacka drzwi.
- Jude, do jasnej cholery! - udarł się.
- Czy możesz. - bez słowa mnie wysadził.
A ja znalazłem się na najbliższym przystanku, byłem stosunkowo niedaleko. Gdy tak szedłem po głowie krążyły mieszane myśli i uczucia. Zupełnie nie rozumiem naszego trenera. Co on do nich ma? A raczej powinno brzmieć pytanie - co oni mu zrobili. Najwidoczniej dużo złych rzeczy, skoro nawet nie pozwala mi przejść przez próg, a co dopiero przez drzwi tej placówki. Od paru dni Bobby mi nie odpisuję, ignoruje moje telefony, a w jego domu niesamowicie znika. Nie mogę tego dłużej znieść, co on wyprawia? Muszę z nim pogadać i przeprosić... Tak wiem, słowo przepraszam z moich ust to coś nowego, sam się zdziwiłem. Zdałem sobie sprawę, że traktowałem go jak nasz trener, ostro, bez żadnych uczuć.
Przekroczyłem niepewnie próg szkoły, na korytarzach roiło się mnóstwo uczniów, lecz nigdzie nie mogłem go znaleźć. Spojrzałem na zegarek, 12. Pora lunch'u. Dzięki instrukcji innych uczniów, spokojnie dotarłem na stołówkę, ponieważ jest przerwa na lunch, a gdzie lunch, tam też chłopak. Powoli próbuje zlokalizować blond czuprynę, ale na marne. Za dużo ich tutaj.
- Ej ziomie.. - złapałem pierwszego-lepszego lamusa. - gdzie znajdę Bobby'ego?
- Nie wiem, nie znam go i nie wiem który to. - odrzekł koleś w szarym kangurze.
- Dzięki stary. - odrzekłem idąc w głąb tłumu.
Dopiero później zorientowałem się, że stoję na przeciwko stolika przy którym siedziała moja zguba. Mocno szarpnąłem go za rękę.
- Noi pies pogrzebany. - palnął jeden z nich na mój widok.
- Ej, co ty chcesz? - spytał zdezorientowany.
- Lepiej, żebyś puścił tą rękę, jeśli ci życie miłe. - warknął Axel, wstając powoli z ławki.
- Dam radę, dzięki Axel. - chłopak tylko machnął ręką i wyszedł wraz ze mną na zewnątrz.
- Jeśli myślisz, że nadal będę szpiegował Raimon to grubo się mylisz. - postawił mi gruby warunek. - Chcę grać w piłkę bez żadnych przekrętów, bez Dark'a.
- Rozumiem. - spojrzał na mnie zdziwiony. - Też mam pewne wątpliwości wobec jego kompetencji.
- To czemu trzymasz jego stronę? - pchnął mnie. - Skoro mówisz, że straciłeś do niego zaufanie... to dlaczego spełniasz wszystkie jego rozkazy?
- To nie takie proste jak sobie myślisz. - sapnąłem, opierając się o pobliskie drzewo.
- Uwierz mi jest. Nie możesz być jego marionetką do cholery!
Oj Bobby gdybyś wiedział... gdybyś tylko wiedział.
- Pamiętasz jak to było kiedyś?
Przed moimi oczami pojawił się obrazek przedstawiający duże boisko. Biegało na nim kilku chłopców, w tej grupce znajdowałem się również ja i Bobby.
" - Jude, Jude podaj do mnie! - krzyczy mały Shearer, cały zdyszany.
Bez namysłu kopię do chłopaka. A ten, niczym niesiony przez anioła, biegnie prosto do bramki. Dysponuje świetnym dryblingiem, dlatego bez problemu omija pozostałych zawodników. Nic mu nie staje na drodze. Wykonuje szybki, ale mocny strzał. BUM! BRAMKA! Podbiegłem uszczęśliwiony do przyjaciela, cała nasza paczka poczęła podnosić chłopaka. "
I wtedy tak na prawdę pokochałem piłkę nożną. Kiedyś to było... a teraz? Na samą myśl o tym czuję wściekłość, lęk i poczucie przymusu. To miało być dla mnie przyjemnością i w jakimś stopniu zjednoczenie się z duchem mojego ojca. Ale właśnie w tym dniu, dowiedziałem się o śmierci moich rodziców. Footbal pozwolił mi wrócić do normalności.
- Oczywiście. Ale to nic nie zmienia. - powiedziałem, zamykając oczy. - Mam ważny powód, aby jeszcze zostać przy Dark'u. Spotkamy się na boisku.
- Ale.. - próbował mnie zatrzymać.
- Zostaw to wszystko mnie.
Po czym powoli zmierzałem w kierunku wyjścia. Mam to gdzieś czy trener coś planuje na Raimon'a czy nie. Jeśli to zwycięstwo pozwoli mi wrócić do normalnego życia, do życia wraz z moją najukochańszą siostrą, to zacznę wtedy nowy etap w życiu. Może w końcu wyjdę na prostą?
* Mark's POV *
♫
Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Mam w wspaniałą dziewczynę, prawdziwych przyjaciół, świetną drużynę i jesteśmy w półfinałe STF. Czego chcieć więcej? Może tego aby Diana i Nelly zakopały topór wojenny? Na pewno.
- Mark. Co mam zrobić, aby mi wybaczyła? - jęknęła brunetka, kładąc głowę na moim ramieniu. - Staram się jak mogę.
- Przeproś ją, weź na zakupy. Cokolwiek. - odrzekłem.
- Łatwo ci mówić. - urwała. - przecież wbiłam jej sztylet w serce i dokopałam do końca życia.
- Nelly. - wziąłem jej twarz w dłonie. - To było dawno, ona to wie, ja i ty. Będzie dobrze.
Dziewczyna powoli wstała i udała się w stronę stolika przy którym siedziała moja siostra, Axel, Max i Nathan.
* Diana's POV *
Bobby już długo nie wracał odkąd poszedł wraz Jude'm tylko "pogadać". Dopiero potem dostałam od niego SMS'a.
od Bobby: Źle się czuje, zmywam się na chatę.
Spokojnie zaczęłam spożywać swoją sałatkę, gdy ktoś usiadł obok mnie. Momentalnie wyczułam dobrze znane mi różane perfumy, zaczęło mnie z lekka mdlić. Spojrzałam w lewo, gdzie znajdowała się ona. Miałam nadzieję, że to sen (koszmar), z którego mogę się jeszcze obudzić.
- Czym mogę pani służyć? - uraczyłam ją znaczącym spojrzeniem.
- Diana wiem, że wyrządziłam ci wiele szkód.
- Szkód. - zadrwił Max.
- Ale choć dla Marka... - prawie się zadławiłam. - przestańmy się tak zachowywać. Co ty na to aby po szkole pójść na jakiejś zakupy?
Spojrzałam na nią krzywo. Poniekąd nie chcę, aby mój braciszek się zamartwiał, ale z drugiej mam dość jej osoby obok mnie.
- Zrobię to tylko i wyłącznie dla Marka. - sapnęłam. - Nie licz, że będziesz moją przyjaciółką.
- Dobre i to. - westchnęła, po czym wstała i skierowała się do swojego ukochanego, taka uszczęśliwiona jakby nie wiadomo co się stało. Mark cały czas głupio się do mnie uśmiechał, pokazując kciuk w górę.
- Axel. Idziesz ze mną.
- Co? Nie. - sprzeciwił mi się blondyn, nawet na mnie nie patrząc.
- Nie zapominaj, kto ma twoje zdjęcie w samych stringach...
- Diana! - jęknął.
- Nie wierzę... muszę to zobaczyć. - zaczął klaskać Nathan.
- Eeeej miałaś to usunąć! - wskazał na mnie, a ja zaczęłam się śmiać na myśl tego zdjęcia. - Oszustka. Skoro już muszę z wami iść... to niech Mark też przyjdzie.
Pokiwałam przecząco.
- Przecież robisz " tylko dla niego " - odrzekł Max, udając mój głos.
Zdzieliłam chłopaka zeszytem do japońskiego. Po szkole szybko udałam się do domu, gdyż już o 14 miałam się udać z Nelly na zakupy. Najchętniej cały ten dzień spędziłabym z nosem w książkach. Po 5 minutach już byłam w domu. Gdy zauważyłam, że w salonie się coś zmieniło. Mianowicie na szklanym stole stała doniczka.
- Co tak wcześnie? - spytała mama, kładąc rękę na moim ramieniu.
Wzruszyłam ramionami.
- Od taty? - wskazałam na kwiatek.
- Właściwie to... - uśmiechnęła się podekscytowana. - Był tu taki jeden chłopiec...
- Słucham? Kto?
- Miał na imię... Ju ju ju... Jude! Mówił, że to dla ciebie. - zagryzłam dolną wargę.
- Mówił coś jeszcze?
- Nie... A coś się stało?
- Idę z Nelly na zakupy. - wyminęłam zręcznie temat.
- Super!
- Zależy dla kogo. - mruknęłam.
- Ktoś jeszcze z wami idzie? - wkroczyła mama detektyw.
- W sumie... będzie Axel i Mark.
Spojrzałam na zegar, 13:50.
- A niech to!
Szybkim krokiem udałam się na górę. Wzięłam ciepły prysznic, umalowałam się i uczesałam włosy w niedbałego francuza. Ubrałam się i już miała napisać, że nie dam rady, ale kości zostały już rzucone. Więc wylałam na siebie flakon moich ulubionych perfum. Około 15, przyszedł Axel wraz z Nelly. Udaliśmy się do najbliższego centrum handlowego.
- Ładnie wyglądasz. - o tego jeszcze nie było.
- Ty również. - odrzekłam szybko, sztucznie się uśmiechając.
- To gdzie najpierw? - spojrzała zdezorientowana na Mark'a.
Komórka bruneta za wibrowała. Chłopak udał zaskoczenie.
- Holipka! Muszę niestety iść. - podrapał się po głowie. - Muszę pomóc mamie w ogródku...
- Ty nigdy nie pomagasz mamie w ogródku... - wiedziałam, że chce puścić nam puścić niezłe bambuko.
- Tyle o mnie nie wiesz kochaniutka... - odparł mój braciszek, szybko wychodząc z centrum handlowego. Dokąd mógłby pójść?
* Mark's POV *
Spojrzałem na telefon udając wielkie zaskoczenie. Tak na prawdę miałem coś ważniejszego załatwienia niż zakupy. A zresztą.. dziewczyny nawiążą bliższy kontakt, jeśli będę same, prawda?
- Holipka! Muszę iść.. Muszę pomóc mamie w ogródku... - na prawdę Mark? Oceniam tą grę aktorską 5/3.
- Ty nigdy nie pomagasz mamie w ogródku...
Musiałem zachować zimną krew, a potem jakby nigdy w życiu wyszedłem z galerii. Moje kroki zmierzały w stronę restauracji, w której pracuje pan Hillman. Podczas szukania odpowiedniego człowieka na stanowisko naszego trenera, od razu mój mózg podsunął mi go. Przecież pan kucharz należał do legendarnej 11! Pewnym krokiem wkroczyłem do środka. Mężczyzna siedział przy stoliku, studiując dzisiejszą gazetę. Szybko do niego podszedłem, wyrywając mu makulaturę z przed oczu.
- Co jest...
- Panie Hillman, mam do Pana prośbę. - wziąłem głęboki wdech. - Czy zostanie pan naszym trenerem?
- Jestem nędznym kucharzyną. - zaśmiał się na moje słowa. - Czy na pewno to przemyślałeś?
Poczułem jak całe moje ciało oblewa fala niepohamowanego gniewu.
- Niech pan mnie posłucha. - trzasnąłem z całej siły w ręką w stół. - Skoro nie da się pan przekonać prośbą to może zagrajmy o to!
- Chyba sobie..
- Ma pan 3 strzały, jeśli je wszystkie obronię zostanie Pan naszym trenerem. Czy to jasne?
- Zawsze byłeś taki pewny siebie, maluszku? Ale skoro się sam o to prosisz... Daj mi tylko 5 minut. - sapnął, wracając do swojego zaplecza aby ściągnąć fartuch.
I nim się obejrzałem stałem w bramce, patrząc mu prosto w oczy . Na dworze wiał lekki, letni wiaterek. Pogoda idealna na tak epicki pojedynek. Dotknął piłkę stopą, przez chwilę, zdawać by się mogło, że mój przeciwnik się zastanawia. Niczym się zorientowałem, mężczyzna wziął rozbieg i z całej siły wycelował w bramkę. Jednak dzięki moim zwinnym ruchom, piłka znalazła się w moich rękach. Uśmiechnąłem się łobuzersko w stronę Pana Hillmana.
- Obroniony. - stwierdziłem, uśmiechając się. - Jeszcze 2 strzały, niech pan tego nie zmarnuje.
- Przy drugim strzale zniknie ci ten uśmieszek z twarzy. - odparł sarkastycznie, ponownie kopiąc z podwójną siłą w piłkę.
Piłka poszybowała nico wyżej. Wiedziałem, że nie zdołam jej złapać, dlatego też użyłem mojej OGNISTEJ PIĘŚCI.
Jest na prawdę dobry jak na swoje lata. - pomyślałem, przecierając obolałe ręce.
- Jak to się mówi do 3 razy sztuka! - krzyknął, kopiąc piłkę znacznie mocniej niż wcześniej.
Nędzny kucharzyna... Tak, jasne. Poczułem, że pod wpływem strzału moje ciało przesuwa się do tyłu. Teraz czas na wyjęcie mojego asa z rękawa. BOSKA RĘKA.
* Diana's POV *
Strasznie długo pomagasz mamie przy ogródku. - pomyślałam, patrząc na zegarek, który wskazywał godzinę 18. Tak, spędziliśmy całe 4 godziny w centrum handlowym. Jak każda kobieta lubię iść na mały " shopping ", a kiedy już jestem tutaj, tracę głowę kompletnie. Nie mogliśmy wyjść wcześniej, dopóki nie wejdziemy do wszystkich tych sklepów znajdujących się w tej galerii.
- W turkusie mi do twarzy? - spytała Nelly, obracając się dookoła.
Tymczasem ja siedziałam znudzona na jednej z kanap umieszczonych przy przymierzalniach. Natomiast Axel wyczerpany tym wszystkim zasnął. Wyglądał dość słodko i oczywiście znów coś mruczał pod nosem.
- HEEEJ, SP SP SPÓJRZ NA MOOOO I JE OCCC YY. JA WIE DZ DZ DZIAŁEM, ŻEEEE E E E JESTEM NAJLEE E E E E PSZY TTTTT YLKO JES TTT EM SKR OOO MNII UU TEEEŃKI KOOO CHANA MO A AJA A. EEE J M AA A X CZEMU TY TUU Z TY TY TYM WÓ ÓÓ ZZ KI KI III EEM... Ł OOOO KURW W W W DA JA A A A K T OOOO OJCE E E E EM Z JA CC KIEM?! TT OO SIE NIE CZ CZY MMMMM AA AMA KUUU PPPYY... - zamruczał.
Zaśmiałam się pod nosem. Ciekawe kim jest ta jego "kochana".
- Wyglądasz pięknie. - odparłam.
- Mogłabyś się wysilić na coś lepszego.
- Mój słownik jest ubogi w słowa - odrzekłam, rozkładając ręce w geście bezradności.
Dziewczyna przewróciła oczami i ponownie weszła do przymierzalni. I tak z 5 tysięcy razy.
- Chodź mam coś dla ciebie. Przymierz! - powiedziała ciepło, podając mi sukienkę.
Nie jestem typem dziewczyny ubierającej się w spódniczki czy też w sukienki. Wolę styl uliczny, luźny, fajne gacie, za duże bluzy. Lekko się skrzywiłam i nieśmiało weszłam do jednej z przebieralni. Sukienka była piękna, a gdy ją założyłam momentalnie się zakochałam. Nie dość, że jest ona czerwona jak róża, to na dodatek wspaniale się układa na moich biodrach. Wychyliłam się z zasłonki.
- I jak? - krzyknęłam, przez co obudziłam śpiącego blondyna.
Jego mina była bezcenna. Malowało się na niej zdziwienie pomieszane z zadowoleniem. Na moją twarz wkradł się mimowolny uśmiech.
- Wow... - patrzył na mnie przez chwilę. - Jesteś cudowna.
Na jego słowa zarumieniłam się. Wróciłam ponownie do garderoby aby założyć moje ciuchy.
- Bierzesz?
- O nie... nie za taką cenę. - jęknęłam, patrząc na metkę.
- Zapłacę. - odrzekł szybko, biorąc sukienkę do ręki i kierując się z nią do kasy.
Podążyłam za nim. Błagałam go przez dobrą chwilę, aby odszedł od kasy i jej nie kupował. Jednak chłopak był nieugięty, nawet gdy oplotłam się wokół jego kostki, ciągnął mnie za sobą nie wzruszony. Gdy już mieliśmy wychodzić z galerii i kierować się do naszych domów, dostałam SMS'a od naszego "ogrodniczka":
Mark: Chodźcie do domku club'owego. JUŻ!
do Mark: A ty czasami nie miałeś przesadzać bratków, mój malutki?
Mark: Dan, to nie jest śmieszne.
Skierowaliśmy nasze kroki w stronę szkoły Raimon. I nim się obejrzeliśmy staliśmy pod drzwiami domku. Lekko uchyliłam drzwi i weszliśmy do środka.
- A więc moi drodzy, oto nasz nowy trener pan Simon Hillman.
- Co... ale jak? - wrzasnęłam zdezorientowana.
- Przecież to.. zwykły kucharz. - podsumowała Nelly.
- Jeszcze zobaczycie! - krzyknął podekscytowany brunet.
CZEŚĆ KOCHANI! :))
przepraszam was jak najmocniej. :c
ten rozdział miał się pojawić już w tamtą niedzielę, ale.
no właśnie ALE!
nie miałam na to siły, ochoty i weny. -.-
lecz teraz spiełam dupkę i proszę bardzo rozdzialik jest! :D
nasze piłkarzyki mają nowego trenera,
Diana ociepliła ociupinkę stosunki z panną Raimon.
nie mogłam wtrącić do tego rozdziału pana Jude'a. <3
to chyba na tyle.
czeeeść.
p.s dzięki za 700 wyświetleń! aż serce rośnie gdy patrzę ile osóbek zerka na mój blog.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz