niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział:1





* No One's POV *

Japonia. Miasto ogromnego rozwoju gospodarczego jak i kulturowego. Inazuma to jedno z niewielkich, japońskich miast położonych na obrzeżach tego państwa. A w nim mieszka chłopak o marzeniu zostania światowej sławy piłkarzem. Ma na imię Mark Evans i chodzi do 3 klasy, to jego ostatni rok w gimnazjum Raimon'a. To miasto ma za sobą bardzo długo historię. Mianowicie... właśnie tu powstał pierwszy w historii tego miasta klub piłkarski. Jego założycielem był David Evans - dziadek Marka.
Drużyna odnosiła sukcesy podczas swoich potyczek piłkarskich.
Nadszedł czas na turniej Strefy Football'u do którego, piłkarze Raimon'a z łatwością się dostali. Pewnego słonecznego dnia, drużyna udała się swoim karawanem na swój pierwszy mecz turniejowy. Nikt się tego nie spodziewał... Ktoś przed wyjazdem majsterkował przy karawanie. Nieświadomy kierowca wpadając w poślizg, niestety nie mógł się zatrzymać. Pojazd wpadł wprost na ogromne drzewo. Wszyscy zginęli w wypadku. Mieszkańcy byli zszokowani, jednak najbardziej przeżyła to rodzina zawodników i ich przyjaciele. Od wypadku minęło niespełna 40 lat..  Mama Marka - Lily przyrzekła sobie, że nie pozwoli na to, aby jej syn grał w piłkę. Jednak los obrócił się na jej niekorzyść. Podczas sprzątania mały Mark dostrzegł notatnik i piłkę należącą do jego dziadka. Chłopiec niemalże, od razu zaczął kopać piłkę w płot sąsiadów. Matka widząc ten widok, czuje bolesne ukłucie w sercu, rozpada się. Szybko wybiegła na zewnątrz i zabrała dziecku piłkę. Mark zaczął płakać, krzycząc przy tym " Dlaczego  mamusiu?! " Z biegiem czasu widząc uśmiech chłopca, pod namową - męża Lily pozwala z wielkim smutkiem na to aby Mark grał w piłkę. To była przeszłość, przenieśmy się do teraźniejszości. 


* Mark's POV *


Usłyszałem przerażający dźwięk budzika. Momentalnie zasłoniłem uszy moją poduszką. Najchętniej nie wychodziłbym dziś z łóżka.
" Przymknę oko na 5 minut i wstanę! " pomyślałem, powoli zamykając zmęczone powieki. Jednak i tym razem coś musiało mi przeszkodzić w spaniu. Nie coś, lecz ktoś - moja mama. Z hukiem otworzyła drzwi i siłą wydarła mnie z mojego łóżka.
- Panie Mark'u Davidzie Evans'ie,  proszę w tej chwili doprowadzić się do ładu i bezpiecznie pójść do szkoły. Gdzie są twoje majtki na poniedziałek? - spytała, wymachując rękoma we wszystkie strony.
Oto moja BARDZO troskliwa mamusia. Wspominałem, że mama jest pedantką? Nie? To mówię to teraz. Praktycznie każda moja para bokserek jest na dany dzień tygodnia, a tak samo jest z skarpetkami i resztą rzeczy.
- Mamo.. - westchnąłem, czując, że moja twarz nabiera koloru świeżego buraczka.
Po czym, tak jak mówiła mama - tak zrobiłem. Wziąłem prysznic, założyłem jakieś ubrania leżące na koszu. Lekcje? Jak zwykle strasznie mi się dłużyły.. gdy na ostatniej godzinie miałem matematykę, tylko modliłem się o dzwonek. Matematyka to przedmiot, który sprawia mi największe trudności. Na dodatek, akurat dzisiaj pani miała mnie zapytać, ze względu na to, że jako jedyny nie mam oceny z odpowiedzi. Nagle usłyszałem zbawczy dźwięk dzwonka i wybiegłem z sali jak poparzony oraz z wielkim bananem na twarzy. Udałem się do szatni i przebrałem się w swój strój piłkarski. Następnie pobiegłem w kierunku domku klubowego. Kiedyś ten domek zajmował mój dziadek wraz ze swoją drużyną. Teraz ja kontynuuje plany dziadka. Rozchyliłem drzwi i wziąłem jedną z piłek, leżącą w koszu.
- Czas potrenować! - krzyknąłem, odpowiedziało mi tylko echo.
- Czas na trening chłopaki! - a tu nadal nic.
Jest nas razem siedmiu, ale za niedługo będzie nas więcej - na pewno. Są świetnymi piłkarzami, w głębi serca czuję to. Czasami zdaję mi się, że nie traktują tego na poważnie. Ja podchodzę do tego z wielkim zaangażowanie, a oni? Ale oprócz piłki nożnej, mają różne pasję. Spójrzmy na Timmy'ego, który jest najmniejszy z nas - trenuje nowe techniki kung-fu. Todd, jeden z pomocników - gra w najlepsze z rudowłosym Samem. Steve czyta kolejny komiks z serii "Avengers". Jack, największy z nas wcina kolejną paczkę chips'ów.
A Kevin kołysze się bez celu na krześle. Zastanawiam się czy to ci sami ludzie, którzy przyszli do mnie na początku. Wkurzyłem się na nich.. Nie robią kompletnie nic w stronę piłki nożnej.
- Powiedziałem... Czas na trening! - krzyknąłem rozwścieczony.  
- Tia.. a masz jakiekolwiek boisko na ten twój trening? - spytał z sarkazmem Steve.
Zacząłem kombinować.
- Możemy... udać się na kort tenisowy...
- Nie to się nie uda! - odrzekł Todd.
- Dołączyliście do tego klubu, bo kochacie piłkę nożną, tak? - spytałem poirytowany ich biernością.
- No oczywiście, że tak! - krzyknęli zgodnie.
- Więc przestańcie płaszczyć swe tyłki i chodźcie trenować! 
- Mark... przecież nie mamy boiska. Jest nas 7... 
- Dobra, idę sam. - krzyknąłem i zamknąłem z hukiem drzwi.
Od drzwi aż odpadła tabliczka klubowa. Przystanąłem więc na chwilę, pochyliłem się i spokojnie zawiesiłem ją na miejsce. Tymczasem, podbiegła do mnie Silvia - moja najlepsza przyjaciółka.
- Cześć Mark. Coś nie tak? - spytała z niemałą troską w głosie.
- Wszystko... Zawiodłem się na nich... Liczę na to, że się ogarną i przyjdą potrenować. Idę nad rzekę. - odrzekłem, pokazując szereg białych zębów.
- Grać z podstawówką? Przecież to nie wyzwanie! - dźgnęła mnie w ramię, śmiejąc się. 
- Gdybyś ich tylko widziała, są świetni! - powiedziałem, klepiąc ją po ramieniu i rozpościerając rękę, jakbym pokazywał jej jaki skrawek ziemi ma dostać. 
Gdy byłem już na miejscu, zająłem się szkoleniem młodziaków.
Nie uważam, że podstawówka jest gorsza od nas gimnazjalistów. Wręcz przeciwnie są tego samego poziomu co my. 

* No One's POV *


Dzieci z rozmachem strzelały do bramki, a chłopak wszystkie piłki złapał z łatwością. Następnie podał do chłopczyka o imieniu Dylan. Gdy już miał strzelić, jedna z dziewczynek z szybkością odzyskała piłkę.
- Bardzo ładnie, Maddie. - pochwalił ją,pokazując kciuk w górę.
W pobliżu boiska kręciło dwóch łobuzów z liceum, byli to Thomas i Robert . 
- Teraz patrz Mark na mój śmiercionośny strzał. - krzyknął złowieszczo Dylan i ze wszystkich swoich sił kopnął piłkę. 
Piłka poszybowała w stronę jednego z łobuzów, trafiła ona z impetem Thomas'a twarz. Chłopczyk zatrwożony, szybko schował się za plecami Evans'a. Mark powoli podszedł do chłopaków.
- Czy mogę odzyskać swoją piłkę? - spytał spokojnie, po czym niespodziewanie dostał w brzuch.
W jego uszach nadal dzwoniły mu złowrogie rechoty.
- Teraz pokaże wam jak wygląda prawdziwy football! - krzyknął jeden z nich i mocno kopnął piłkę
Leciała ona prosto w stronę bezbronną Maddie. Przechodzący tam blondyn widząc to, niczym jak piorun podbiegł do dziewczyny i z mocą wystrzelił piłkę w stronę Roberta. Wystraszeni całym wydarzeniem zaczęli uciekać.
- Dziękuję Panu.- odparła nadal zatrwożona dziewczynka
Mark widząc ten strzał, nie mógł się napatrzeć na tego tajemniczego strzelca. Tym bardziej, nie mógł odpuścić tego, być poznać chłopaka bliżej. Nie zastanawiając się dłużej, podążył w kierunku, którym poszedł blondyn. Szybko przeciął mu drogę.
- Cześć... To było niesamowite! Może dołączysz do naszej drużyny? - spytał, podając rękę blondynowi w dowodzie uznania. 
Ten odtrącił rękę Evans'a i zaczął odchodzić. Nasz bohater to człowiek uparty, krzyknął za nim
- Poczekaj.
Chłopak odwrócił się na ułamek sekundy. A na jego twarzy malowało się strapienie. Chciał powiedzieć coś więcej, ale nie mógł z siebie wydusić słowa.
- Ja nie gram w piłkę. - sapnął, nie wdając się w dalszą rozmowę z Markiem, odszedł.
Evans był jednocześnie poruszony, zachwycony i zainteresowany jego zachowaniem. Spojrzał na zegarek i zorientował się, że jest już 18. Niemalże biegiem pobiegł do domu.

* Mark's POV *

" Mama mnie zabije..."  pomyślałem, zatrzymując się przed furtką.
Wleciałem do domu niezauważony. To chyba mój szczęśliwy dzień.
Zatrzymałem się i spojrzałem na fotografię dziadka.
- Dziadku... dzisiaj widziałem niesamowity strzał. Ten chłopak... jest potrzebny naszej drużynie. Chciałbym go spotkać. - powiedziałem z lekka zamyślony. 
- Mark, proszę w tej chwili idź się myć.
- Mamo... Rozmawiam z dziadkiem. - sapnąłem, zawiedziony tym, że nawet na chwilę nie mogę pobyć i porozmawiać z dziadkiem. 
Zawsze pragnąłem jak każdy wnuk, pogadać z nim i pograć w piłkę, jednak los nie wszystkim daje po równo ze swojego worka.
- Równie dobrze możesz to robić w łazience
Przewróciłem na jej słowa oczami. Po zaledwie 5 minutach. byłem czyściutki i właśnie spisywałem zadanie z matematyki. Nie jestem super uczniem, który zbiera same szóstki, no ale... staram się na miarę swoich możliwości. Rzuciłem zeszyt w kąt i sięgnąłem po stary notes. Jeszcze chwilę rozmyślałem nad zeszytem, który należał do mojego dziadka. Są tam różne techniki, które pozwolą mi stać się silniejszym - a przynajmniej mam taką nadzieję.

***

* No One's POV *

Zabrzmiał dzwonek i uczniowie udali się do swoich klas. Mark w tym czasie miał godzinę wychowawczą, gdzie mógł spokojnie odetchnąć od innych przedmiotów. Do klasy wszedł nauczyciel Hemmings, a wraz z nim chłopak z którym, Mark się wczoraj spotkał. Brunet próbując nie zasnąć z wycieńczenia, bębnił ołówkiem w zeszyt.
- Drodzy uczniowie! Do naszej klasy dołączy nowy uczeń, Axel Blaze. 
Głos nauczyciela wyrwał Marka z krainy marzeń. Chłopak nie mógł uwierzyć, że znów go widzi. 

* Mark's POV *  

Uszczypnijcie mnie! Czy mi się śni? Znów go widzę. Dałbym sobie po twarzy, by sprawdzić czy to nie sen. Przede mną stał właśnie ten chłopak o którym rozmawiałem z dziadkiem. Teraz wiem o nim troszkę więcej - ma na imię Axel. Spojrzałem do góry.
" Dziękuję, dziadku na ciebie zawsze można liczyć " - i  chyba troszeczkę za głośno myślałem i bez zastanowienia wstałem z ławki.
- Ja go znam! - krzyknąłem, pokazując palcem na zdezorientowanego blondyna.
- Ooo.. to świetnie Mark. Mógłbyś wrócić na miejsce? - spytał retorycznie pan Hemmings, wskazując abym wrócił na miejsce. Jednak ja podążając za dobrą passą, podszedłem do jego ławki. Kątem oka widziałem, że ma dość mojej twarzy i tego jakim wzrokiem go darzę.
- Grasz w jakiejś drużynie?
- Tak, to znaczy grałem.. - odrzekł lekko speszony blondyn.
Następnie nauczyciel zajął się wypełnianiem krzyżówek. Nie miałem zamiaru czekać. Zadałem pytanie nurtujące mnie od wczoraj.
- Dlaczego nie chcesz z nami zagrać, Axel?
Blondyn westchnął głęboko na moje zapytanie.
- No cześć. - próbowałem zwrócić na siebie uwagę, ale on odwrócił ode mnie wzrok.
- Tak w ogóle to jestem Mark Evans. - próbowałem z wszelkich stron, byle by powiedział choć jedno słowo w moją stronę.
- Jesteś natrętny wiesz? - odparł, machając z bezsilności głową we wszystkie strony
- Widziałem cię wczoraj. " Nie gram w piłkę" - dobre sobie... Nigdy nie widziałem, kogoś takiego z takim kopniakiem... Przydałbyś się...
Axel otworzył usta i chciał coś powiedzieć, gdy nagle podbiegł do mnie cały zdyszany Steve. 
- Mark? 
- Co się stało? - spytałem z deka zdezorientowany.
- Chodzi o nasz klub... 



hej,hej! :)
co się stanie z klubem? wszystko okaże się w następnym rozdziale.
komentujcie.
dziękuję za te prawie 200 wyświetleń na moim blogu. :))
see ya.  :3

  




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz